wtorek, 23 lipca 2013

Crawling through this world as disease flows through my veins I look into myself, but my own heart has been changed

Codziennie rano budzę się z koszmarów, tylko po to, by nie doświadczyć żadnej ulgi po przebudzeniu.
Od jakiegoś czasu gaszę światło w łazience, kiedy postanowię wziąć prysznic. To pozwala mi jako tako przetrwać te kilka chwil, które spędzam sam na sam ze swoim spasionym do granic możliwości cielskiem. To pozwala mi umyć się bez płaczu i wściekłego drapania się po brzuchu i udach.
Takie małe oszustwo.
Chciałabym móc zrobić coś podobnego, kiedy przychodzi mi spojrzeć w lustro przed wyjściem do ludzi. Chciałabym móc patrzeć i nie widzieć tego całego tłuszczu wylewającego się z moich spodni, otaczającego mój brzuch i rozpychającego słoniowate udziska. Co zrobić, żeby widzieć tylko ubranie, fryzurę i makijaż? W jaki sposób patrzeć?
Nie wiem, ale któregoś dnia znajdę na to sposób, obiecuję...
Póki co kontakt z lustrami ograniczam do absolutnie niezbędnego minimum. Nie maluję się, ubieram rzeczy, które wiem, że wyglądają ze sobą w miarę dobrze, włosy wiążę w luźny kucyk, albo zostawiam rozpuszczone.
To nic, że nie wyglądam przez to tak, jak wyglądać bym chciała.
Ważne, że daje mi to poczucie znośności i nie niszczy całkowicie całego mojego dnia.
Kolejne oszustwo.
Jestem wieczną oszustką.

I w sumie ciekawym jest odkrycie, że najtrudniejszą osobą do oszukania jestem ja sama...

wtorek, 16 lipca 2013

Nobody can make it stop

They yell at me because I can’t see what they see. Nobody can explain to me why my eyes work different than theirs. Nobody can make it stop.
Maksymalnie spiłowane, obgryzione paznokcie mocno wbijają się w delikatną skórę mojego prawego ramienia. Boli, ale właśnie tak powinno być. Ból to uczucie. Uczucie, które wymaga zaangażowania.
Niech boli.
Może dzięki temu uda mi się powstrzymać nieustannie cisnące się do oczu łzy. Łzy, które tak bardzo go denerwują, których nienawidzi.
Nie wolno mi płakać. Płakanie jest dla słabych. Płakanie jest dla ludzi, którzy mogą pozwolić sobie na luksus chociażby oczekiwania na to, że sprawy kiedyś tam przybiorą zadowalający ich obrót.
Ja nie mogę. Mi nie wolno czuć. Nie wolno mi chcieć. Nie wolno mi wymagać.
Powinnam być wdzięczna za to, co rzuca mi pod nogi los. Bo przecież na nic więcej nie zasługuję.
Jestem niestabilna emocjonalnie i chora psychicznie.
Tak, właśnie.

Dlaczego powinnam walczyć? I kto/co jest w tym momencie moim największym przeciwnikiem? Anoreksja? Jedzenie? Żyletka? Słony posmak łez? Ja sama? A może wszyscy inni?
Nie wiem, naprawdę nie wiem. Błądzę we mgle, nieustannie rozglądając się za odpowiedziami, których życie uparcie nie chce mi udzielić. Topię się. Nie potrafię złapać powietrza i nie rozumiem dlaczego, skoro wszyscy dookoła mnie zdają się normalnie oddychać.
Co jest ze mną tak straszliwie nie tak, że świat sukcesywnie dąży do tego, żeby mnie wyeliminować?

Jestem tak żałośnie, śmiesznie sama. Sytuacja zdaje się tym bardziej komiczna, że przecież jest on - ukochany, jest rodzina, są przyjaciele. Jestem sama ze sobą, zamknięta w swoim pokręconym umyśle, prawideł którego działania nie potrafię nikomu wystarczająco dobrze wytłumaczyć. To mnie dusi, z dnia na dzień niszczy coraz bardziej, nie pozwala normalnie funkcjonować. Tak bardzo chciałabym, żeby ktoś nareszcie zrozumiał. Żeby ktoś mocno przytulił mnie podczas ataku paniki i powiedział mi te wszystkie słowa, które potrzebuję w tym momencie usłyszeć.

Jak wytłumaczyć coś, czego przekazanie słowami jest niemal niemożliwe? Jak sprawić, żeby ukochany, tak bardzo chcący zrozumieć, nareszcie pojął istotę wszystkiego, co nieustannie się we mnie kotłuje? Jak mu to wszystko umiejętnie wyłożyć?
Płakałby, gdyby choć raz zdołał wejść do mojej głowy. Nie wiem, co by się stało, gdyby chociaż raz mógł zobaczyć mnie w sposób, w jaki ja widzę siebie, poczuł całą tę gromadzącą się we mnie agresję, sprzeczne emocje, lęki i pragnienia. Wróciłby z takiej podróży odmieniony, bardzo możliwe, że nie do końca przy zdrowych zmysłach, zniszczony przez moją podświadomość jeszcze bardziej niż zniszczona jestem ja, bo przecież ja wiem chociaż, w jaki sposób powinnam się z nią obchodzić, żeby wyrządziła jak najmniej szkód.
Nie wiem, co bym ze sobą zrobiła, gdyby nagle zaczął patrzeć na mnie w sposób, w jaki ja siebie widzę.

Liczby mnie niszczą. Żądzą mną, dyktują przyszłe decyzje, ważą na emocjach. Lustra są ich idealnymi, nadmiernie zaangażowanymi asystentami. Razem, liczby i lustra, tworzą mieszankę wybuchową, z którą nijak nie jestem w stanie sobie poradzić, która z każdym spojrzeniem i myślą niszczy mnie coraz bardziej.
51 kilogramów.
BMI: 17.64, wskaźnik: niedowaga.
Bilans na dzisiaj: 0 kilokalorii.

Wciąż dużo za dużo...

poniedziałek, 15 lipca 2013

I am the space between my tights, daylight shining through

In one aspect, yes, I believe in ghosts, but we create them. We haunt ourselves.
Po raz kolejny dopada mnie melancholia, a myśli z dnia na dzień coraz bardziej domagają się uzewnętrznienia, wypuszczenia ich na światło dzienne. I choćbym nie wiem jak mocno się przed tym wzbraniała, te wszystkie kotłujące się chaotycznie strzępki w końcu pozbierają się w jedność i w ten czy inny sposób wypłyną z mojej głowy.
Chyba tylko ode mnie zależy, jak bardzo bolesny będzie to dla mnie proces.

Siedzę i w sumie nie do końca wiem, co ja właściwie tutaj robię. Jest mi źle. Jest mi ciężko. I pomimo tego, że walczę jak opętana ze wszystkimi swoimi słabostkami i potworami, i wygląda na to, że póki co wygrywam, mam nieodparte wrażenie, że jest to tylko cisza przed burzą, że najgorsze dopiero przede mną, że moje osiągnięcia są tylko i wyłącznie przykrywką dla czegoś znacznie gorszego.
Boję się. Tak bardzo się boję, że od wielu nocy nie przespałam w ciągu więcej niż 5 godzin. Przejście ciemnym korytarzem stało się prawdziwym wyzwaniem, a spojrzenie w zaciemnione, nieprzeniknione okno przyprawia mnie o dreszcze paniki.
Wszystko, każda jedna rzecz, którą w tym swoim żałosnym życiu zrobiłam źle, powraca do mnie ze zdwojoną siłą, obiecując, że los odegra się na mnie brutalnie za wszystkie moje przewinienia.
Nigdy nie byłam dobrym człowiekiem, nigdy takim być nie pragnęłam. Któregoś dnia na pewno się to na mnie zemści...
Płaczę na myśl o tym, że wszystko, co w życiu kiedykolwiek osiągnęłam, wszystko, z czego byłam dumna, nierozerwalnie wiąże się z moją chorą naturą, z zaburzeniami odżywiania. Załamuję ręce w momencie, kiedy zdaję sobie sprawę, że każdą swoją decyzję uzależniam od swojej aktualnej wagi, pod jej kątem planuję przyszłość, z jej perspektywy oceniam przeszłość. Na ludzi także patrzę przez pryzmat cyferek, odwracając wzrok na widok tłuszczu i podziwiając chorobliwie chude kobiety.
Co jest ze mną nie tak? Kiedy wpoiłam sobie takie ideały? W którym momencie swojego życia zatraciłam tą ambitną część siebie, która przeraźliwie pragnęła coś osiągnąć w życiu, pokazać światu, że jest coś warta?
Gdzie zgubiłam osobę, którą zawsze pragnęłam być?

To trwa już tak długo. Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że za kilka miesięcy będę mogła w swoim kalendarzu odhaczyć dziesięć lat z zaburzeniami odżywiania. Dziesięć lat szaleńczego biegu po przeraźliwie śliskiej równi pochyłej, gdzie najmniejsze nawet potknięcie skutkowało bolesnym upadkiem z przeraźliwej wysokości. Dziesięć przepłakanych lat, dziesięć lat nienawiści do siebie i swojego ciała, do swoich skłonności, głodu, wymiotowania. Dziesięć lat uzależnienia od ssania w żołądku, jedzenia, niejedzenia, zwracania.
Lata wzlotów i upadków, pięć prób samobójczych, niepoliczalne ślady po kaleczeniu własnego ciała, miliony utraconych marzeń.
Przeżyty jak we śnie okres dojrzewania, kiedy dzieliłam czas na "teraz" i "kiedy już będę chuda". Szkoda tylko, że ten drugi przedział tak naprawdę nigdy nie nadszedł.

Czy przez ten czas czegokolwiek się nauczyłam? Wielu rzeczy - bezgłośnego wyrzucania ze swojego żołądka całej jego zawartości, życia z przyjemnym ssaniem w brzuchu, unikania posiłków, perfekcyjnego udawania, że zjadłam wszystko ze stojącego przede mną talerza.
Oczywiście, że były okresy, kiedy wydawało mi się, że z tego wyszłam. Czasami dłuższe, czasami krótsze. Najśmieszniejsze z tego wszystkiego jest to, że żadnego z tych czasów zupełnie nie pamiętam, tak jakby nie były one godne na zapisanie się w kartach mojego życiowego pamiętnika.
Wmawiałam sobie, że jestem szczęśliwa, że nareszcie jestem wolna, jednak z jakiegoś powodu zawsze wracałam. I z każdym takim powrotem coraz bardziej zakopywałam się w tym bagnie, by któregoś dnia odkryć, że już nigdy nie uda mi się z niego wygrzebać.
I wiecie co? Właśnie zdałam sobie sprawę, że nadal jestem tą zranioną przez życie trzynastolatką po raz pierwszy wkładającą do gardła drżące palce...
Nic się nie zmieniło. Nic, poza tym, że opanowałam do perfekcji sztukę wymiotowania i niejedzenia, zależnie od okresu w jakim aktualnie się znajdowałam.
A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że patrząc na siebie z perspektywy czasu i mogąc coś zmienić w swoim życiu, nie przytuliłabym dawnej siebie i nie powiedziała jej, że nie powinna tego robić, że kiedyś będzie przez to cierpieć.
Nie.
Kopnęłabym ją mocno w tyłek, ze słowami, że od życia dostanie jeszcze mocniej i na odchodne rzuciłabym jej kilka rad, żeby mogła robić to lepiej.
Wiecie dlaczego? Bo zwyczajnie nie potrafię sobie wyobrazić swojego życia bez choroby, bez nieustannej walki z wagą, kilogramami, jedzeniem.
Za bardzo zjadło mnie to od środka, żebym potrafiła i chciała od tego uciec.
Co wtedy bym robiła?
Kim bym się stała?
Może byłabym lepsza, może mądrzejsza, ładniejsza, szczęśliwsza...
Ale tylko takie życie znam, tylko takie mimo wszystko kocham.

I tylko te chore cele jestem w stanie realizować bez zbędnych pytań "dlaczego?".

piątek, 12 lipca 2013

I am locked into the mirror and there is no door out

I failed eating, failed drinking, failed not cutting myself into shreds. Failed friendship. Failed sisterhood and daughterhood. Failed mirrors and scales and phone calls. Good thing I’m stable.

Witajcie.

Jestem psychosomatic addict-insane i wczoraj usłyszałam diagnozę brzmiącą anoreksja
Podejmuję wyzwanie.
Podejmuję walkę.

Będzie to miejsce, w którym chciałabym opisywać swoje leczenie, psychoterapię, spotkania z psychiatrą.

Chcę wyrzucać tu wszystkie lęki, trudy, wątpliwości.
Potrzebuję także kogoś, z kim mogłabym podzielić się ewentualnymi sukcesami.

Nie wiem jak będzie.

Nie wiem czy dam sobie z tym wszystkim radę.
Ale chcę spróbować.
Chcę żyć. Chcę walczyć. Chcę wygrać.
Mam 23 lata i jest to najwyższy czas, by wygonić potwory z pod łóżka.