In one aspect, yes, I believe in ghosts, but we create them. We haunt ourselves.
Po raz
kolejny dopada mnie melancholia, a myśli z
dnia na dzień coraz bardziej domagają się uzewnętrznienia,
wypuszczenia ich na światło dzienne. I choćbym nie wiem jak mocno
się przed tym wzbraniała, te wszystkie kotłujące się chaotycznie
strzępki w końcu pozbierają się w jedność i w ten czy inny
sposób wypłyną z mojej głowy.
Chyba tylko ode mnie
zależy, jak bardzo bolesny będzie to dla mnie proces.
Siedzę i w sumie nie
do końca wiem, co ja właściwie tutaj robię. Jest mi źle. Jest mi
ciężko. I pomimo tego, że walczę jak opętana ze wszystkimi
swoimi słabostkami i potworami, i wygląda na to, że póki co
wygrywam, mam nieodparte wrażenie, że jest to tylko cisza przed
burzą, że najgorsze dopiero przede mną, że moje osiągnięcia są
tylko i wyłącznie przykrywką dla czegoś znacznie gorszego.
Boję się. Tak bardzo
się boję, że od wielu nocy nie przespałam w ciągu więcej niż 5
godzin. Przejście ciemnym korytarzem stało się prawdziwym
wyzwaniem, a spojrzenie w zaciemnione, nieprzeniknione okno
przyprawia mnie o dreszcze paniki.
Wszystko, każda jedna
rzecz, którą w tym swoim żałosnym życiu zrobiłam źle,
powraca do mnie ze zdwojoną siłą, obiecując, że los odegra się
na mnie brutalnie za wszystkie moje przewinienia.
Nigdy nie byłam
dobrym człowiekiem, nigdy takim być nie pragnęłam. Któregoś
dnia na pewno się to na mnie zemści...
Płaczę na myśl o
tym, że wszystko, co w życiu kiedykolwiek osiągnęłam, wszystko,
z czego byłam dumna, nierozerwalnie wiąże się z moją chorą
naturą, z zaburzeniami odżywiania. Załamuję ręce w momencie,
kiedy zdaję sobie sprawę, że każdą swoją decyzję uzależniam
od swojej aktualnej wagi, pod jej kątem planuję przyszłość, z
jej perspektywy oceniam przeszłość. Na ludzi także patrzę przez
pryzmat cyferek, odwracając wzrok na widok tłuszczu i podziwiając
chorobliwie chude kobiety.
Co jest ze mną nie
tak? Kiedy wpoiłam sobie takie ideały? W którym momencie
swojego życia zatraciłam tą ambitną część siebie, która
przeraźliwie pragnęła coś osiągnąć w życiu, pokazać światu,
że jest coś warta?
Gdzie zgubiłam osobę,
którą zawsze pragnęłam być?
To trwa już tak
długo. Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że za kilka miesięcy będę
mogła w swoim kalendarzu odhaczyć dziesięć lat z zaburzeniami
odżywiania. Dziesięć lat szaleńczego biegu po przeraźliwie
śliskiej równi pochyłej, gdzie najmniejsze nawet potknięcie
skutkowało bolesnym upadkiem z przeraźliwej wysokości. Dziesięć
przepłakanych lat, dziesięć lat nienawiści do siebie i swojego
ciała, do swoich skłonności, głodu, wymiotowania. Dziesięć lat
uzależnienia od ssania w żołądku, jedzenia, niejedzenia,
zwracania.
Lata wzlotów i
upadków, pięć prób samobójczych, niepoliczalne
ślady po kaleczeniu własnego ciała, miliony utraconych marzeń.
Przeżyty jak we śnie
okres dojrzewania, kiedy dzieliłam czas na "teraz" i
"kiedy już będę chuda". Szkoda tylko, że ten drugi
przedział tak naprawdę nigdy nie nadszedł.
Czy przez ten czas
czegokolwiek się nauczyłam? Wielu rzeczy - bezgłośnego wyrzucania
ze swojego żołądka całej jego zawartości, życia z przyjemnym
ssaniem w brzuchu, unikania posiłków, perfekcyjnego udawania,
że zjadłam wszystko ze stojącego przede mną talerza.
Oczywiście, że były
okresy, kiedy wydawało mi się, że z tego wyszłam. Czasami
dłuższe, czasami krótsze. Najśmieszniejsze z tego
wszystkiego jest to, że żadnego z tych czasów zupełnie nie
pamiętam, tak jakby nie były one godne na zapisanie się w kartach
mojego życiowego pamiętnika.
Wmawiałam sobie, że
jestem szczęśliwa, że nareszcie jestem wolna, jednak z jakiegoś
powodu zawsze wracałam. I z każdym takim powrotem coraz bardziej
zakopywałam się w tym bagnie, by któregoś dnia odkryć, że
już nigdy nie uda mi się z niego wygrzebać.
I wiecie co? Właśnie
zdałam sobie sprawę, że nadal jestem tą zranioną przez życie
trzynastolatką po raz pierwszy wkładającą do gardła drżące
palce...
Nic się nie zmieniło.
Nic, poza tym, że opanowałam do perfekcji sztukę wymiotowania i
niejedzenia, zależnie od okresu w jakim aktualnie się znajdowałam.
A najśmieszniejsze w
tym wszystkim jest to, że patrząc na siebie z perspektywy czasu i
mogąc coś zmienić w swoim życiu, nie przytuliłabym dawnej siebie
i nie powiedziała jej, że nie powinna tego robić, że kiedyś
będzie przez to cierpieć.
Nie.
Kopnęłabym ją mocno
w tyłek, ze słowami, że od życia dostanie jeszcze mocniej i na
odchodne rzuciłabym jej kilka rad, żeby mogła robić to lepiej.
Wiecie dlaczego? Bo
zwyczajnie nie potrafię sobie wyobrazić swojego życia bez choroby,
bez nieustannej walki z wagą, kilogramami, jedzeniem.
Za bardzo zjadło mnie
to od środka, żebym potrafiła i chciała od tego uciec.
Co wtedy bym robiła?
Kim bym się stała?
Może byłabym lepsza,
może mądrzejsza, ładniejsza, szczęśliwsza...
Ale tylko takie życie
znam, tylko takie mimo wszystko kocham.
I tylko te chore cele
jestem w stanie realizować bez zbędnych pytań "dlaczego?".