poniedziałek, 15 lipca 2013

I am the space between my tights, daylight shining through

In one aspect, yes, I believe in ghosts, but we create them. We haunt ourselves.
Po raz kolejny dopada mnie melancholia, a myśli z dnia na dzień coraz bardziej domagają się uzewnętrznienia, wypuszczenia ich na światło dzienne. I choćbym nie wiem jak mocno się przed tym wzbraniała, te wszystkie kotłujące się chaotycznie strzępki w końcu pozbierają się w jedność i w ten czy inny sposób wypłyną z mojej głowy.
Chyba tylko ode mnie zależy, jak bardzo bolesny będzie to dla mnie proces.

Siedzę i w sumie nie do końca wiem, co ja właściwie tutaj robię. Jest mi źle. Jest mi ciężko. I pomimo tego, że walczę jak opętana ze wszystkimi swoimi słabostkami i potworami, i wygląda na to, że póki co wygrywam, mam nieodparte wrażenie, że jest to tylko cisza przed burzą, że najgorsze dopiero przede mną, że moje osiągnięcia są tylko i wyłącznie przykrywką dla czegoś znacznie gorszego.
Boję się. Tak bardzo się boję, że od wielu nocy nie przespałam w ciągu więcej niż 5 godzin. Przejście ciemnym korytarzem stało się prawdziwym wyzwaniem, a spojrzenie w zaciemnione, nieprzeniknione okno przyprawia mnie o dreszcze paniki.
Wszystko, każda jedna rzecz, którą w tym swoim żałosnym życiu zrobiłam źle, powraca do mnie ze zdwojoną siłą, obiecując, że los odegra się na mnie brutalnie za wszystkie moje przewinienia.
Nigdy nie byłam dobrym człowiekiem, nigdy takim być nie pragnęłam. Któregoś dnia na pewno się to na mnie zemści...
Płaczę na myśl o tym, że wszystko, co w życiu kiedykolwiek osiągnęłam, wszystko, z czego byłam dumna, nierozerwalnie wiąże się z moją chorą naturą, z zaburzeniami odżywiania. Załamuję ręce w momencie, kiedy zdaję sobie sprawę, że każdą swoją decyzję uzależniam od swojej aktualnej wagi, pod jej kątem planuję przyszłość, z jej perspektywy oceniam przeszłość. Na ludzi także patrzę przez pryzmat cyferek, odwracając wzrok na widok tłuszczu i podziwiając chorobliwie chude kobiety.
Co jest ze mną nie tak? Kiedy wpoiłam sobie takie ideały? W którym momencie swojego życia zatraciłam tą ambitną część siebie, która przeraźliwie pragnęła coś osiągnąć w życiu, pokazać światu, że jest coś warta?
Gdzie zgubiłam osobę, którą zawsze pragnęłam być?

To trwa już tak długo. Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że za kilka miesięcy będę mogła w swoim kalendarzu odhaczyć dziesięć lat z zaburzeniami odżywiania. Dziesięć lat szaleńczego biegu po przeraźliwie śliskiej równi pochyłej, gdzie najmniejsze nawet potknięcie skutkowało bolesnym upadkiem z przeraźliwej wysokości. Dziesięć przepłakanych lat, dziesięć lat nienawiści do siebie i swojego ciała, do swoich skłonności, głodu, wymiotowania. Dziesięć lat uzależnienia od ssania w żołądku, jedzenia, niejedzenia, zwracania.
Lata wzlotów i upadków, pięć prób samobójczych, niepoliczalne ślady po kaleczeniu własnego ciała, miliony utraconych marzeń.
Przeżyty jak we śnie okres dojrzewania, kiedy dzieliłam czas na "teraz" i "kiedy już będę chuda". Szkoda tylko, że ten drugi przedział tak naprawdę nigdy nie nadszedł.

Czy przez ten czas czegokolwiek się nauczyłam? Wielu rzeczy - bezgłośnego wyrzucania ze swojego żołądka całej jego zawartości, życia z przyjemnym ssaniem w brzuchu, unikania posiłków, perfekcyjnego udawania, że zjadłam wszystko ze stojącego przede mną talerza.
Oczywiście, że były okresy, kiedy wydawało mi się, że z tego wyszłam. Czasami dłuższe, czasami krótsze. Najśmieszniejsze z tego wszystkiego jest to, że żadnego z tych czasów zupełnie nie pamiętam, tak jakby nie były one godne na zapisanie się w kartach mojego życiowego pamiętnika.
Wmawiałam sobie, że jestem szczęśliwa, że nareszcie jestem wolna, jednak z jakiegoś powodu zawsze wracałam. I z każdym takim powrotem coraz bardziej zakopywałam się w tym bagnie, by któregoś dnia odkryć, że już nigdy nie uda mi się z niego wygrzebać.
I wiecie co? Właśnie zdałam sobie sprawę, że nadal jestem tą zranioną przez życie trzynastolatką po raz pierwszy wkładającą do gardła drżące palce...
Nic się nie zmieniło. Nic, poza tym, że opanowałam do perfekcji sztukę wymiotowania i niejedzenia, zależnie od okresu w jakim aktualnie się znajdowałam.
A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że patrząc na siebie z perspektywy czasu i mogąc coś zmienić w swoim życiu, nie przytuliłabym dawnej siebie i nie powiedziała jej, że nie powinna tego robić, że kiedyś będzie przez to cierpieć.
Nie.
Kopnęłabym ją mocno w tyłek, ze słowami, że od życia dostanie jeszcze mocniej i na odchodne rzuciłabym jej kilka rad, żeby mogła robić to lepiej.
Wiecie dlaczego? Bo zwyczajnie nie potrafię sobie wyobrazić swojego życia bez choroby, bez nieustannej walki z wagą, kilogramami, jedzeniem.
Za bardzo zjadło mnie to od środka, żebym potrafiła i chciała od tego uciec.
Co wtedy bym robiła?
Kim bym się stała?
Może byłabym lepsza, może mądrzejsza, ładniejsza, szczęśliwsza...
Ale tylko takie życie znam, tylko takie mimo wszystko kocham.

I tylko te chore cele jestem w stanie realizować bez zbędnych pytań "dlaczego?".

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Mówisz że nie byłaś dobrym człowiekiem. To bez znaczenia życie nie uderza tylko złych, życie nie uderza równo. To że nie byłaś dobra nic nie znaczy bo życie zadaje ból nawet tym dobrym a ludzie źli często chodzą nie znając cierpienia. Jestem pewny że i tak byłaś lepszą od większości ludzi.

Ból i strach sprawiają że wiesz że żyjesz. Nie bój się bać, nie bój się czuć bólu. To znaczy że żyjesz i wciąż jesteś człowiek, że wciąż czujesz. Widzę że nie jest łatwo, i łatwo na pewno nie będzie ale nie uciekaj. Stań i walcz. Jeżeli masz faceta/ kobietę/ przyjaciela/ przyjaciółkę zadzwoń do niego/niej albo najlepiej pojedź przytul się i płacz. Płacz nie jest oznaką słabości, płacz jest oznaką tego że byłaś silna zbyt długo.
Pozdrawiam i życzę sukcesu
~DemonAlucard

Anonimowy pisze...

czytam wpis i łzy stają mi w oczach

Prześlij komentarz