Codziennie rano budzę się z koszmarów, tylko po to, by nie doświadczyć żadnej ulgi po przebudzeniu.
Od jakiegoś czasu
gaszę światło w łazience, kiedy postanowię wziąć prysznic. To
pozwala mi jako tako przetrwać te kilka chwil, które spędzam
sam na sam ze swoim spasionym do granic możliwości cielskiem. To
pozwala mi umyć się bez płaczu i wściekłego drapania się po
brzuchu i udach.
Takie małe oszustwo.
Chciałabym móc
zrobić coś podobnego, kiedy przychodzi mi spojrzeć w lustro przed
wyjściem do ludzi. Chciałabym móc patrzeć i nie widzieć
tego całego tłuszczu wylewającego się z moich spodni,
otaczającego mój brzuch i rozpychającego słoniowate
udziska. Co zrobić, żeby widzieć tylko ubranie, fryzurę i
makijaż? W jaki sposób patrzeć?
Nie wiem, ale któregoś
dnia znajdę na to sposób, obiecuję...
Póki co kontakt
z lustrami ograniczam do absolutnie niezbędnego minimum. Nie maluję
się, ubieram rzeczy, które wiem, że wyglądają ze sobą w
miarę dobrze, włosy wiążę w luźny kucyk, albo zostawiam
rozpuszczone.
To nic, że nie
wyglądam przez to tak, jak wyglądać bym chciała.
Ważne,
że daje mi to poczucie znośności
i nie niszczy całkowicie całego mojego dnia.
Kolejne oszustwo.
Jestem wieczną
oszustką.
I w sumie ciekawym
jest odkrycie, że najtrudniejszą osobą do oszukania jestem ja
sama...
0 komentarze:
Prześlij komentarz